Z pamiętnika wolontariusza #5
5 05 2008Wczorajszego wieczoru czuć było już nieuchronnie zbliżający się koniec festiwalu. Obok nostalgii i wzruszenia, a także napełnienia silnymi muzycznymi emocjami, czuliśmy także ciepło bijące od lampy scenicznej w naszym namiocie - jedyne źródło wyższej temperatury dostępne z zewnątrz (na wewnętrzną też coś mieliśmy). Słowem: było zimno.
Mam nadzieję, że Bryan Ferry użył sobie na jedzeniu i alkoholu, które nawymyślał do garderób, bo na publiczności użyć sobie raczej nie mógł. Przyszło mało osób, a sam koncert - którego ja słuchałam z depozytu i nie żałuję, bo przeczytałam kilka ciekawych artykułów w Machinie
- był koszmarnie nudny. Wielka mi gwiazda.
Podobnie zresztą jak wcześniejszy band Makowieckiego. Jakoś nie wyszedł organizatorom koniec festiwalu - był mdły, jak ciastko napoleonka. Ale w sumie dla mnie festiwal skończył się wraz z zejściem Underworld ze sceny.
Dziś Wielkie Sprzątanie i odprawa. Chlip, chlip.
Ostatnie komentarze