Jak było na Underworld

5 05 2008

Recenzja z portalu 80bpm.net

Karl Hyde, Rick Smith i Darren Price byli bardzo niezadowoleni z faktu, że organizatorzy Cracow Screen Festival przeznaczyli na ich koncert zaledwie godzinę i czterdzieści pięć minut. Zazwyczaj grają minimum dwie godziny. Postanowili więc pod hasłem „prezentu dla Krakowa” rozpocząć imprezę kwadrans wcześniej, grając do wizualizacji ze zdjęć, które udało im się nagrać podczas spaceru po Krakowie. W ten sposób i wilk był syty, i owca cała. A najlepiej na tym wszystkim wyszła publiczność.

Gra świateł, niezwykłe wizualizacje, elektryzujące zachowanie Hyde’a na scenie, a przede wszystkim brzmienie i sama muzyka, której transowy bit przepływał krwioobiegiem przez całe ciało rozsadzając się w mózgu, to chyba najtrafniejszy opis sobotniego wieczoru. Więcej tutaj.




Z pamiętnika wolontariusza #5

5 05 2008

Wczorajszego wieczoru czuć było już nieuchronnie zbliżający się koniec festiwalu. Obok nostalgii i wzruszenia, a także napełnienia silnymi muzycznymi emocjami, czuliśmy także ciepło bijące od lampy scenicznej w naszym namiocie - jedyne źródło wyższej temperatury dostępne z zewnątrz (na wewnętrzną też coś mieliśmy). Słowem: było zimno.

Mam nadzieję, że Bryan Ferry użył sobie na jedzeniu i alkoholu, które nawymyślał do garderób, bo na publiczności użyć sobie raczej nie mógł. Przyszło mało osób, a sam koncert - którego ja słuchałam z depozytu i nie żałuję, bo przeczytałam kilka ciekawych artykułów w Machinie ;) - był koszmarnie nudny. Wielka mi gwiazda.

Podobnie zresztą jak wcześniejszy band Makowieckiego. Jakoś nie wyszedł organizatorom koniec festiwalu - był mdły, jak ciastko napoleonka. Ale w sumie dla mnie festiwal skończył się wraz z zejściem Underworld ze sceny.

Dziś Wielkie Sprzątanie i odprawa. Chlip, chlip.




Z pamiętnika wolontariusza #4

4 05 2008

Właśnie wróciłam z nocnego dyżuru przy festiwalu. Jutro powtórka. Ale miałam zacząć od komentarza na temat wczorajszego koncertu Juliette and the Licks. Otóż Juliette + The Licks + scena = ogień.

Dziś o 18 po zapoznaniu się z podstawowymi obowiązkami obsługi backstage’u rozpoczęliśmy akcję robienia, nalewania, grzania kawy i herbaty oraz obiadów i kolacji artystów. Im robiło się później i ciemniej, tym organizm bardziej pragnął luzu, więc przywoływaliśmy go do porządku red bullami. Nie wiem ile tego w siebie dziś wlałam, ale na pewno więcej niż powinnam :)

W międzyczasie udało mi się przyjrzeć soundcheckowi CirKus, a potem koncertowi tegoż zespołu. Bardzo przyjemne dubowo-trip-hopowe granie, warto było przy tym poskakać. Później zrobiłam sobie zdjęcie z Neneh Cherry - miła kobieta.

Następnie, po obklejeniu plakatami wozu Underworld, wpuściliśmy do niego muzyków i obsługę. Później Karl Hyde zajał mi łazienkę ;) Panowie okazali się na tyle bezproblemowi (przynajmniej dla nas), że mogliśmy uczestniczyć w niemal całym soundchecku i dokładnie całym koncercie. Wytańczyłam się tak, że czuję każdy mięsień swojego ciała. Wizualizacje, brzmienie, muzyka - 15 punktów na 10 możliwych.

Później pozostało już tylko zebrać ręczniki/butelki z wodą/puszki po redbullach ze sceny, posprzątać w garderobach (Smolik i jego ekipa bawili się świetnie w tychże garderobach. My później też mieliśmy dużo zabawy) i przygotować je na jutrzejszy wieczór. O 1.30 byliśmy wolni.

Dobranoc ;)




Z pamiętnika wolontariusza #3

2 05 2008

Dziś więcej luzu. Pojawiam się o 11 w bazie, czyli Bunkrze Sztuki, żeby ustalić harmonogram pracy brygady z pl. Jeziorańskiego. Wychodzi na to, że będę pracować jutro i pojutrze od godz. 18 do 1 w nocy. Jak dla mnie może być, będę asystować przy szwedzkim CirKus i Underworld.

Dostaliśmy też wolontariatowe żółte koszulki, które oczywiście podbiły nasze serca. Bo są ładne. :)

Nie obeszło się oczywiście bez składania niezbędników festiwalowicza. Powoli traktujemy to jak coś tak naturalnego, jak oddychanie czy jedzenie ;)

No i najważniejsze - udało mi się być chwilę na próbie Juliette and the Licks. Zachęciło mnie to do pójścia na cały koncert, a ponieważ dzis mam wolne… to zaraz idę ;)




Z pamiętnika wolontariusza #2

1 05 2008

8.30 - kupujemy kawę w dworcowym automacie, który nie chce naszych pieniędzy
8.45 - czekamy na prąd
8.55 - prąd przyjechał. Ale nic się nie dzieje.
9.00 - z nudów obserwujemy pracę ochroniarza
9.05 - obserwowanie ochroniarza też jest nudne
9.06 - zastanawiam się czy palenie przy agregatorze prądu jest bezpieczne
9.40 - nic się nie dzieje. Wracamy do składania niezbędników festiwalowicza (plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, smycz, pudło, plakietka, plakietka…)
11.00 - idziemy na akcję roznoszenia ulotek. Udekorowani w plansze festiwalowe, które są bardzo widoczne i bardzo niewygodne atakujemy krakowski Rynek.
11.30 - już piąty turysta z zagranicy mówi nam “we’ve heard ’bout it, but we don’t know where it is”.
11.40 - tłumaczymy szóstemu turyście, że festiwal jest everywhere.
12.00 - wracamy do bazy z resztkami ulotek
12.15 - otrzymujemy plakietki obsługi technicznej. Od teraz możemy wchodzić za scenę.
12.30 - idziemy coś zjeść
13.15 - plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, smycz, pudło, plakietka…
14.47 - wymiękamy.




Z pamiętnika wolontariusza #1

30 04 2008

Załapałam się na wolontariat przy festiwalu Cracow Screen Festival właściwie pracuję tam już od dwóch tygodni (przy roznoszeniu ulotek), ale dziś podpisaliśmy umowy i zaczęło się “naprawdę” ;) Pomyślałam, że dla niektórych może być interesujące poznanie zakulisowych akcji przy organizacji sporego festiwalu.

Dziś zajmowaliśmy się ustalaniem harmonogramu - będę pracować na backstage’u przy scenie na pl. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tam zagra m.in. Underworld. Poza tym mieliśmy “robotę na taśmie” - czyli przygotowywanie tzw. niezbędnika festiwalowicza. 6 małych plakietek z programem, mapką i reklamami, złożyć, zapiąć na smycz, odłożyć. Plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, plakietka, smycz, zapiąć odłożyć, plakietka…

i tak kilka tysięcy razy.

jutro wieszamy bannery, “żeby ludzie bez biletów nie mogli nic zobaczyć”. hurra. ;P




Latanie po Los Angeles

30 04 2008

O! DJ Krush wrócił! - pomyślałam po kilku pierwszych minutach „Los Angeles”. Okazało się, że na przedmieściach San Fernando Valley, w miejscowości Winnetka, gość imieniem Steven Ellison stworzył album, który można uznać za niekiepską kontynuację Krushowego „Shinsou”. I wydał go pod pseudonimem Flying Lotus (bądź, jeśli wolicie, FlyLo), podpisawszy uprzednio kontrakt z brytyjskim Warpem.

Porównywanie twórczości Flying Lotusa do DJ Krusha jest oczywiście pewną symplifikacją, bo muzyka Ellingsona stara się być bardziej złożona. To instrumentalny hip-hop, ale podkłady niosą ze sobą naleciałości trip-hopu (a wygląd okładki coś Wam może sugerować, czyż nie?), ambientu, drillu i eksperymentalnej elektroniki. [więcej]




An On Bast zabiła słowa

17 04 2008

An On Bast kojarzy się przede wszystkim z dobrze wyprodukowaną muzyką elektroniczną, dość zróżnicowaną w swoich rejonach – głównie brzmieniowo. Artystka skupia się na tej wartości, przez rozmaite eksperymenty z najróżniejszym sprzętem czy softwarem muzycznym, a efekty są jak najbardziej korzystne – co widać w rosnącej popularności muzyki An On Bast nie tylko w Polsce.

Twórczość poznańskiej producentki kojarzona jest też z namiętnym wykorzystywaniem cytatów – słownych bądź muzycznych i odważnymi kolaboracjami – jak niedawna płyta nagrana ze skrzypaczką Allca. Na swojej najnowszej EPce An On Bast zdaje się przynajmniej połowicznie zerwać z tymi „stereotypami”. Sam tytuł – „Words Are Dead” – może w pewnym stopniu odzwierciedlać brak wspomnianych cytatów. Trudno ukryć, że w tym materiale nie pada ani jedno słowo, An On Bast nie wykorzystuje też „pozaelektronicznych dekoracji”, jak smyczki Thomasa Newmana na „Happy-Go-Lucky”. Muzyka na „Words Are Dead” jest bliższa raczej atmosferze jej pierwszej płyty „Welcome Scissors”. A przy tym to kontynuacja klimatu delicate synthetic music, do jakiego artystka zdążyła nas już przyzwyczaić. [więcej]




Popołudniowe stereo

7 04 2008

Człowiek odpowiedzialny za projekt Afternoons in Stereo jest zawodowym grafikiem komputerowym. To oczywiście jeszcze o niczym nie musi świadczyć. Może tylko o tym, że w związku z powyższym faktem, Greg Vicker, przywiązuje ogromną uwagę do pozamuzycznych aspektów jego projektu – jak strona internetowa, okładka czy sam tytuł.

okładka

I choć artysta pochodzi z Ontario, ta ideologia przywodzi na myśl efekty twórczości elektroników wiedeńskich – których kunszt w podejściu do całości dzieła przypomina ideę Gesamtkunstwerk Ryszarda Wagnera – wizja współpracuje z dźwiękiem, a wszystko jest nierozerwalną, imponującą całością. [więcej]




Przez ścianę

30 03 2008

A już myślałam, że grono polskich hip-hopowców cenionych przeze mnie zamknie się w osobach Fisza i L.U.C.’a. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, dostałam informację, o którychś z kolei urodzinach wrocławskiego klubu Droga do mekki. Mają zagrać tam Roszja i Lu - od niechcenia kliknęłam w majspejsowy link i doznałam objawienia.

Roszja

Ponieważ sama spieszę się na manifestację, posłużę się słowami kolegi redaktora: W moim odczuciu, o pozyskiwanie takich twórców powinny zabijać się wytwórnie i dziwi mnie tym bardziej, czemu Roszja i Lu wydawcy nie posiadają.A cała recenzja tutaj